Marpa Ciekji Lodro (ok. 1002-1097) urodził się na początku XI stulecia w prowincji Lhodrak jako syn zamożnej rodziny, posiadającej pola uprawne i pastwiska. Choć Marpa po latach przeniósł linię Naropy do Tybetu, w młodości nie wykazywał żadnych oznak duchowej wielkości. Jako dziecko był bardzo uparty i łatwo wpadał w złość. Rodzice Marpy martwili się, co wyrośnie z syna, jeśli nikt nie zdoła utemperować jego niesfornego charakteru, więc gdy tylko nauczył się pisać i czytać, wysłali go do klasztoru. Wielki Drogmi Lotsała Jeszie (ur. 992/993), który zainspirował powstanie szkoły sakja buddyzmu tybetańskiego, wrócił nieco wcześniej z Indii i właśnie przyjmował nowych uczniów. Zabierając dwa jaki objuczone zwojami papieru i innymi wartościowymi prezentami, niepokorny, ale coraz bardziej ciekawy Dharmy Marpa wyruszył przez bezdroża Tybetu, żeby poznać tego wielkiego tłumacza. Na miejscu przez trzy lata studiował sanskryt i dialekty ówczesnych potocznych języków indyjskich, ale Drogmi nie chciał mu udzielić żadnych instrukcji do praktyki ani pożyczyć żadnej interesującej książki do czytania. To jedynie wzmocniło w Marpie pragnienie zakosztowania Dharmy u samego źródła, po drugiej stronie Himalajów.

Marpa Lotsała na thance z kolekcji klasztoru Palpung

Życie Marpy dowodzi, że jego rodzice słusznie oczekiwali, iż Dharma wywrze pozytywny wpływ na jego trudne usposobienie. Ale ich radość przygasła, gdy po odbyciu stażu u Drogmiego syn poprosił o należny mu spadek, który po spieniężeniu pozwoliłby mu odbyć długą podróż do Indii. Przerażeni wizją wielu niebezpieczeństw czyhających podczas takiej wyprawy, długo namawiali syna, by głód Dharmy zaspakajał poprzez poznawanie nauk dostępnych w Tybecie. Upór Marpy okazał się atutem, a rodzice w końcu przystali na jego propozycję. Niestety przyjaciele, z którymi wcześniej zaplanował wyprawę, nie potrafili przekonać własnych rodziców i zrezygnowali z podróży. To jednak nie zniechęciło Marpy, który z wielką odwagą sam wyruszył w nieznane. 

Aby znaleźć Dharmę, Marpa przebył pustkowia tak jałowe, że nawet konie padały z wycieńczenia, i góry, gdzie panowało tak przenikliwe zimno, że lód nie tajał nawet podczas najcieplejszych dni lata. Zanim powrócił z Dharmą do Tybetu, musiał stawiać czoło bandytom, na rozpadających się tratwach przepływał wielkie rzeki, przekupywał urzędników i zachłannych celników oraz pozbawionych skrupułów towarzyszy wędrówki. Jego rodzina przypominała mu później o tych bolesnych doświadczeniach, by odwieść go od kolejnych podróży, ale determinacja Marpy pozostawała niezmienna. 

Po drodze Marpa spotkał rodaka o imieniu Njo, który też zdążał do Indii w poszukiwaniu Dharmy. Pod koniec podróży Njo wyrządził Marpie niewyobrażalną szkodę, ale z początku, mając sporo złota na wyprawę, zaproponował, że pokryje koszty podróży w zamian za pomoc w niesieniu bagaży. Uzyskane w ten sposób oszczędności pozwoliłoby Marpie na dłuższy pobyt w Indiach i ofiarowanie cenniejszych darów nauczycielom, więc z ochotą przyjął tę propozycję. Gdy obaj przedostali się na niziny Nepalu, klimat na niskich wysokościach – nieznośny upał i duża wilgotność – dał się boleśnie we znaki ich organizmom, i tak już wyniszczonym trudami wędrówki. Spędzili zatem w Nepalu trzy lata, przywykając do odmiennych warunków pogodowych i pogłębiając znajomość sanskrytu. W tym czasie do okolicy, w której się zatrzymali, przybyło dwóch uczniów Naropy. Na sam dźwięk imienia Naropy Marpa poczuł przypływ wiary, więc od razu zapragnął zobaczyć obu panditów. Gdy dotarli do miejsca, w którym odbywały się nauki, Njo usłyszał kpiące komentarze miejscowych uczniów, przyrównujące Tybetańczyków do zwierząt. Obrażony, odwrócił się do wszystkich plecami i odmówił ponownego przyjścia na wykłady. Takie zdarzenia świadczyły o pozycji Tybetańczyków w Indiach w owym czasie; nie mogli liczyć na żaden szacunek ani społeczną akceptację. Nie dość, że znaleźli się w zupełnie nowym, nieznanym środowisku, ich sposób bycia był przez miejscową ludność postrzegany jako barbarzyński.

Niezrażony Marpa nawiązał więź dharmiczną z dwoma nauczycielami. Wyznał im, że chciałby poznać Naropę, ale nie ma wiele złota. Usłyszał, że ten mahasiddha jest jedynym indyjskim guru, który nie oczekuje zapłaty w zamian za udzielanie nauk. Te i inne opowieści o Naropie napełniły Marpę jeszcze większą ufnością.

Wyposażony w listy polecające od dwóch nepalskich panditów, Marpa kontynuował wraz z Njo podróż do Indii. W końcu obaj dotarli do wielkiego uniwersytetu klasztornego Nalandy, gdzie dowiedzieli się, że Naropa porzucił akademicką posadę i opuścił uczelnię, żeby w samotności praktykować medytację. Wtedy Njo stwierdził, że nie przyjmie żadnych nauk od kogoś tak szalonego, więc Marpa sam wybrał się w dalszą wędrówkę, żeby poznać mistrza.

Nauczyciel Naropy, Tilopa (988–1069), poddawał Naropę bardzo ciężkim próbom. Ale Marpa, po odbyciu najeżonej trudami podróży, nie został już poddany żadnych innym sprawdzianom ze strony nauczyciela. Wręcz przeciwnie, Naropa od początku traktował go jak ulubionego ucznia. Przesłał nawet wiadomość do uczniów, którzy gościli Marpę w Nalandzie, by wysłali „tego Tybetańczyka” do jego nowej siedziby w Pullahari.

Gdy Marpa po raz pierwszy ujrzał Naropę, złożył mu pełne pokłony w ofiarowaniu. Ku swemu zdumieniu i radości usłyszał z ust guru, że jest uczniem, o którym mówiła przepowiednia, „witanym jako przyszły następca”.

W końcu doszło do spotkania, na które Marpa tak długo czekał. Znalazł się pod opieką niezwykle życzliwego mistrza, który ukazał mu naturę umysłu, szczodrze obdarzał wszelkimi abhiszekami i instrukcjami, o jakie został poproszony, a w końcu upoważnił do przekazywania jego nauk w Tybecie. Gdy Marpa po raz pierwszy ujrzał Naropę, złożył mu pełne pokłony w ofiarowaniu. Ku swemu zdumieniu i radości usłyszał z ust guru, że jest uczniem, o którym mówiła przepowiednia, „witanym jako przyszły następca”.

W pierwszym roku nauki Marpa otrzymał abhiszekę i wyjaśnienia do Tantry Guhjasamadży, którą praktykował aż do pełnego urzeczywistnienia. (Tantra Guhjasamadży pochodząca od Marpy stała się szeroko znana w Tybecie i nadal jest praktykowana przez członków szkoły geluk, którzy otrzymali ją od lamów marpa kagju kilka wieków później). Następnie Marpa poprosił o przekaz Tantry Hewadżry. Naropa wysłał go po nią do Dżńanagarbhy, który przeszkolił go dogłębnie w tej praktyce. Potem Marpa zwrócił się o matczyną Tantrę Mahamaji, po którą musiał się wybrać w przerażającą podróż na spotkanie z bardzo nieszablonowym mahasiddhą Kukkuripą. Ten równie szczodrze powierzył mu wszystkie wyjaśnienia do tej praktyki i innych. Naropa następnie oddał swego ucznia w ręce wielkiego indyjskiego adepta medytacji Maitripy (1002-1077), od którego Marpa otrzymał instrukcje do mahamudry i praktykował pod jego kierunkiem do pojawienia się doświadczeń i realizacji. Jako źródło pouczeń do Czatuhpithy i skarbnicę wielu innych ustnych objaśnień Naropa wskazał joginię o imieniu Dżńanadakini. W tym wypadku oraz przy wielu innych okazjach Marpa zrozumiał z czasem, że choć Naropa sam mógł udzielić mu tych wszystkich nauk, zachęcał go do czerpania z różnych źródeł. Gdy Marpa zgromadził już mnóstwo wiedzy od innych mistrzów, Naropa powierzył mu cykl abhiszek i pouczeń do Tantry Czakrasamwary, czterech specjalnych ustnych linii, które sam połączył, Sześciu Dharm Naropy oraz drugiego przekazu mahamudry.

Radość, jaką odczuwał Marpa, gdy otrzymywał nauki Dharmy od różnych niezwykłych nauczycieli, wyrażają pieśni urzeczywistnienia, nazywane dohāmi, które ofiarowywał swoim mistrzom oraz wadżra braciom i siostrom. 

Pierwsza podróż Marpy do Indii trwała dwanaście lat – dokładnie tyle, ile według tradycji potrzeba do całkowitego opanowania sanskrytu. Skończyło się prawie całe przywiezione złoto – zostało ledwie tyle, że starczyło na opłacenie powrotnej podróży do Tybetu. Po kilku latach nauczania w ojczyźnie Marpa chciał powrócić do guru, by sprawdzić poprawność swego zrozumienia i otrzymać kolejne przekazy nauk, więc przysiągł, że przyjedzie ponownie. Z błogosławieństwem Naropy wyruszył do ojczyzny.

Choć dwanaście lat żmudnych wysiłków poświęconych na gromadzenie cennych tekstów poszło na marne, Marpa skwitował tę propozycję słowami: „Wolę to, co zostało mi w głowie, od twoich książek”.

W podróży ponownie towarzyszył mu stary kompan Njo, któremu również skończyły się fundusze. Po drodze obaj zaczęli porównywać poziom wiedzy zdobytej w Indiach. Njo się zorientował, że Marpa może przyćmić jego przyszłą sławę jako lotsały i nauczyciela Dharmy w Tybecie. Podczas przeprawy przez rzekę przekonał Marpę, by ten powierzył tragarzowi torbę zawierającą wszystkie rękopisy zebrane w Indiach. Następnie potajemnie przekupił tragarza, żeby w dogodnej chwili upuścił torbę do wody, pozorując wypadek. Tragarz uczynił, jak mu kazano, pozbawiając Marpę wszystkich instrukcji, podręczników do rytuałów i całego piśmiennictwa, które chciał przetłumaczyć i rozkrzewić w Tybecie. W pierwszej chwili Marpa poczuł wzburzenie, przywołał jednak w sercu postać swego lamy i szybko odzyskał spokój, choć utrata tekstów oznaczała dla przyszłego tłumacza prawdziwą katastrofę. Kiedy tragarz wyznał, jaką rolę w całym zdarzeniu odegrał Njo, ten błagał Marpę, by nie opowiadał ludziom w Tybecie o tym, co się stało. Zaproponował, że pożyczy mu swoje księgi, by je skopiować – lecz nigdy tej obietnicy nie dotrzymał. Choć dwanaście lat żmudnych wysiłków poświęconych na gromadzenie cennych tekstów poszło na marne, Marpa skwitował tę propozycję słowami: „Wolę to, co zostało mi w głowie, od twoich książek”.

Marpa kontynuował podróż do domu, przechowując w umyśle nie tylko słowa tekstów, ale też urzeczywistnienie ich znaczenia, w szczególny sposób uprawniające go do nauczania rodaków w kraju. Gdy dotarł na miejsce, najpierw odwiedził przyjaciół, którzy wspierali jego wyjazd do Indii. Następnie wrócił do swej rodzinnej wioski w Lhodraku. Podczas jego długiej nieobecności umarli jego rodzice, którzy kiedyś, zatroskani o przyszłość syna, wprowadzili go na ścieżkę Dharmy. Teraz zaczął jej nauczać w rodzinnym domu, gromadząc wielu uczniów u siebie, jak i w innych miejscach, podczas późniejszych podróży po Tybecie. Pośród tych, którzy w owym czasie dostali się pod duchową opiekę Marpy, był Ngok Cieku Dordże, nazywany również Ngoktynem, jeden z jego głównych przyszłych spadkobierców, dzierżawca linii objaśnień.

Marpa był jednak świadom tego, że podczas pierwszego pobytu w Indiach nie zdołał zebrać kompletu nauk, pamiętał także, że przysiągł ponownie spotkać się ze swoim guru. Zaczął więc wkrótce planować drugą wyprawę. Kilku uczniów gotowych było służyć mu podczas podróży, ale nie przyjął propozycji i ku zaskoczeniu wszystkich ponownie opuścił dom, by tym razem samotnie stawić czoło napotkanym przeszkodom. Gdy dotarł do celu, Naropa jak zwykle przyjął go ciepło i przekazał wszystkie brakujące abhiszeki i pouczenia. Wysłał też Marpę ponownie do pozostałych nauczycieli, by ocenili jego postępy i udzielili dodatkowych wyjaśnień. Następnie Marpa, mając wszystkie nauki, jakich pragnął, poświęcił się przekładaniu zgromadzonych sanskryckich tekstów na język tybetański. Wiele z nich znalazło się w obowiązującym do dziś kanonie buddyzmu tybetańskiego. Ukończywszy pracę, po raz drugi pożegnał się z Naropą i wrócił do Tybetu. W domu radośnie przywitali go uczniowie, szczęśliwi z powrotu mistrza, ciekawi świeżo zdobytej w Indiach Dharmy. Wkrótce potem Marpa ożenił się z Dagmemą, założył rodzinę i uprawiał rolę, łącząc praktykę Dharmy ze zwykłym codziennym życiem. Był to okres wielkiej pomyślności w jego życiu jako nauczyciela Dharmy w Tybecie. 

Po jakimś czasie Marpa spotkał Dzietsyna Milarepę, ucznia, który miał kontynuować jego linię praktyki. Kiedy już wprowadził go na drogę do wyzwolenia, postanowił wybrać się do Indii po raz trzeci. Odczuwał silną tęsknotę za swym guru, a jednocześnie przekonał się, że nadal brakuje mu części nauk o przenoszeniu świadomości. Milarepa dowiedział się o nich we śnie od dakiń, które nalegały, by je otrzymał. Rodzina niemłodego już Marpy, przerażona perspektywą jego kolejnej niebezpiecznej podróży, ukryła przed nim całe złoto. Ale Marpa pozostał niewzruszony w swym postanowieniu. Pomimo podeszłego wieku znowu wyruszył do kraju Dharmy, droższej mu nad życie. Tym razem musiał podjąć bohaterskie długie poszukiwania, by dotrzeć do swego mistrza. Według relacji miejscowej ludności Naropa odszedł w nieznane, by rozpocząć ostatni etap swojej praktyki. Nigdzie go nie można było znaleźć. Jednak w końcu Marpa spotkał swego guru i spędził z nim ostatnie, wprawdzie krótkie, ale dobrze wykorzystane chwile. Naropa wyjaśnił mu, że dopiero teraz może mu przekazać wiele niezwykle rzadkich nauk, które doprowadziły go w konsekwencji na szczyty urzeczywistnienia. Wcześniej nie sprzyjały temu warunki.

Wizyta obfitowała w wiele pouczających doświadczeń. Choć Naropa wielokrotnie zapewniał, że nie potrzebuje złota, Marpa nalegał, by mistrz je od niego przyjął. Wreszcie mahasiddha wziął złoto i rozsypał je beztrosko po lesie. Marpa odczuł to jako stratę, bo pamiętał, jak trudno było mu zebrać taką ilość kruszcu. Widząc jego reakcję, Naropa w jednej chwili zebrał całe złoto i powiedział: „Nie potrzebuję złota. Gdyby tak było, całą ziemię mógłbym w nie zamienić”. Po czym tupnął nogą, a na oczach Marpy cała okolica rozbłysła złotem.

Marpa w jednej chwili zdał sobie sprawę, że zdolność widzenia jidama to owoc życzliwości mistrza, a szansa obcowania z nauczycielem, który troszczy się o niego osobiście, jest niepomiernie cenniejsza niż niezliczone wizje bóstw Przebudzenia.

Innym razem gdy Marpa jeszcze spał, Naropa stworzył w przestrzeni obraz mandali Hewadżry i obudził Marpę, pytając: „Synu, twój jidam, Hewadżra, przybył tutaj. Pokłonisz się jemu czy mnie?” Marpa złożył pokłon wyraźnie widocznej mandali zamiast guru, którego spotykał na co dzień. Naropa zbeształ Marpę, pokazując, że obraz mandali jest jedynie wykreowaną przez niego wizją. Marpa w jednej chwili zdał sobie sprawę, że zdolność widzenia jidama to owoc życzliwości mistrza, a szansa obcowania z nauczycielem, który troszczy się o niego osobiście, jest niepomiernie cenniejsza niż niezliczone wizje bóstw Przebudzenia. W rezultacie Marpa rozchorował się z żalu, że pochopnie podjął błędną decyzję i pokłonił się Hewadżrze, a nie Naropie.

Niezwykła troska, jaką Naropa otoczył swego ucznia, przyczyniła się do narodzin wyjątkowego mistrza duchowego i tłumacza. Wielki historyk tybetański, Dzionang Taranatha (1575-1634/35), wyraził opinię, że Marpa posiadał trzy cechy odróżniające go od innych tybetańskich tłumaczy. Po pierwsze, w Indiach nauczył się poprawnego wykonywania wielu rytuałów, w tym rysowania mandal, wyrobu ciastek ofiarnych, czyli torm, i innych. Po drugie, pobierając nauki od różnych nauczycieli, do których wysyłał go Naropa, Marpa otrzymał objaśnienia pochodzące z wielu różnych tradycji i w rezultacie mógł przekazać Tybetańczykom rozmaite interpretacje tych samych pism. Po trzecie, duchowi przewodnicy Marpy przekazali mu nie tylko treści różnych tantr popularyzowanych ówcześnie w Indiach, ale też osobiste pouczenia dotyczące praktykowania tych tantr, zazwyczaj utrzymywane w sekrecie. Dzięki temu Marpa zdobył wiedzę o niezrównanej głębi. Z tych trzech powodów posiadł o wiele więcej niż samą umiejętność tłumaczenia tekstów, o czym wyraźnie świadczą dokonania uczniów, których doprowadził do wyzwolenia.

Gdy czas wizyty dobiegł końca, Naropa po raz ostatni serdecznie pożegnał się z Marpą. Przepowiedział, że choć biologiczne dzieci Marpy nie będą w stanie kontynuować jego rodu, duchowi spadkobiercy poniosą jego nauki niczym wielka rzeka tak długo, jak długo Dharma Buddhy istnieć będzie na świecie. Mianowawszy oficjalnie Marpę swym następcą, Naropa dodał, że każde kolejne pokolenie jego linii będzie lepsze od poprzedniego.

Marpa zmarł w roku 1097 w Tybecie, w wieku 85 lat, ale zgodnie z przepowiednią Naropy szeroka rzeka jego nauk wciąż płynie, potęgując swój nurt z każdym nowym pokoleniem duchowych spadkobierców.  


Artykuł pochodzi z publikacji Karmapa: 900-lecie